Drukuj

scott graham OQMZwNd3ThU unsplashSamorządowcy nie negują, że instytucja petycji jest potrzebna – dzięki niej mieszkańcy mogą oddziaływać na decyzje władz lokalnych. Jednak bardzo często dotyczą one spraw nie związanych z samorządem, a mimo to trzeba je procedować - organizować posiedzenia komisji rady - a to marnowanie czasu i pieniędzy. Procedura powinna ich zdaniem być dopracowana, by nie przekształcała się w groteskę.

W ciągu 5 lat obowiązywania ustawy o petycjach, do samorządów, zwłaszcza mniejszych, wpływało ich niewiele, ich liczba jednak wzrasta. Mieszkańcy chcą zmian nazwy ulicy czy remontu drogi, a czasem spraw bardzo lokalnych, jak pozostawienia listonosza, którego chciano zmienić na innego. Znaczna część odnosiła się też jednak do kwestii, które nie dotyczą działalności samorządu gminnego. Zgodnie ustawą z petycja złożona do organu stanowiącego jednostki samorządu jest rozpatrywana przez ten organ.

Petycja zgodnie z samorządowymi ustawami ustrojowymi najpierw trafia do komisji skarg i wniosków, komisja wyraża stanowisko co do sposobu rozpatrzenia petycji, a rozpatrzeniem zajmuje się bezpośrednio rada gminy, powiatu czy sejmik.

Dariusz Cieślak, wójt Sędziejowic, uczestnik Akademii Samorządowej Fundacji Batorego mówi, że główny problem petycji wynika z tego, że coraz częściej wpływają w sprawach, które „kompletnie nie dotyczą działalności samorządu gminnego”. - Mimo to, żeby nadać im bieg – np. przekazać według właściwości, komisja rady musi się zebrać, zapoznać i podjąć decyzję. W oczywistych sprawach, nie związanych z naszym samorządem - to marnowanie czasu i pieniędzy – podkreśla.

Jak dodaje, sama instytucja petycji jest potrzebna, ale powinna być ona w pewien sposób dopracowana. - Tak, żeby nie sprawiała, że procedura rozpatrywania tematów z poważnej drogi urzędowo-prawnej przekształca się w istną groteskę – zaznacza wójt.

Zdaniem Mateusza Karciarza z Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, prawnika w Kancelarii Radców Prawnych Zygmunt Jerzmanowski i Wspólnicy sp.k., w przepisach można by doprecyzować uwzględnienie tego, że rada jest organem kolegialnym, więc w sprawach formalnych mógłby reprezentować ją przewodniczący. – Do załatwienia spraw takich jak wezwanie do uzupełnienia braków formalnych w petycji, przekazanie do podmiotu właściwego do jej rozpatrzenia itp. powinien być upoważniony ustawowo przewodniczący rady – mówi.

Jak dodaje, według przepisów, takimi kwestiami ma zajmować się cała rada, a w praktyce wykonuje te zadania przewodniczący. – Ta właściwość nie wynika jednak z prawa, tego brakuje w ustawie o petycjach – wskazania kompetencji przewodniczącego do samodzielnego dokonywania elementów formalnych niemerytorycznych – podkreśla.

Jakie sprawy są przedmiotem petycji?

Sprawy przedstawiane w petycjach są bardzo różnorodne. - Od typowych zadań gminnych – choć te przytrafiają się coraz rzadziej, poprzez szkodliwość działania sieci 5G, kończąc na petycji dotyczącej konieczności zażywania witamin – mówi wójt Dariusz Cieślak.

Maciej Nurzyński, radny gminy Łuków, uczestnik Akademii Samorządowej Fundacji Batorego podkreśla, że petycje mogą być powodem do sprawnie przeprowadzonej debaty i dają możliwość zbadania nastrojów społeczeństwa. Może to wpływać na zapobieganie problemom w przyszłości. – Jednak petycje często dotyczą spraw krajowych i opinia rady ma znaczenie marginalne. Rzetelne pochylenie się nad tematem i wyrażenie zdania można jednak przekuć w zbiór dobrych praktyk i sugestii, kierowanych do właściwych organów - mówi.

Z informacji sekretarza miasta Świdwina Andrzeja Rewińskiego wynika, że w roku 2020 do urzędu wpłynęło 7 petycji. Dotyczyły one nazwy ulicy, remontu drogi, ale do rady miasta wpływają też petycje dotyczące podjęcia uchwały określonej treści, np. szczepień przeciwko wirusowi Covid 19.

Jednak, jak dodaje, często jest to „jałowa rozmowa, bicie piany, okazja do załatwiania personalnych animozji pomiędzy grupami, reprezentantami różnych poglądów politycznych, ideowych”. - I ma się nijak do życia gminy. Nie przekłada się na konkretne działania, nie daje możliwości rozwiązania problemu, wręcz przeciwnie, piętrzy różnice, staje się narzędziem walki politycznej - mówi.

Jakub Kłosiński, radny Siechnic, uczestnik Akademii Samorządowej Fundacji Batorego zauważa, że ta forma działania jest potrzebna. Mieszkańcy często „lubią się angażować małym kosztem” – „jak się im podstawi pod nos, to podpiszą”. – Tymczasem każdy podpis pokazuje władzy, że ludzie „istnieją” nie tylko przed wyborami – podkreśla. Dla przykładu przywołuje sprawę zbierania podpisów poparcia dla listonosza, którego chciano zmienić. Zebrano około 400 podpisów, a listonosz został.

Wójt Dariusz Cieślak mówi, że do urzędu wpływają 2-3 petycje miesięcznie. - Jednak wystarczy, że każda wpłynie w innym tygodniu danego miesiąca i już wymusza to na przewodniczącej komisji zwołanie trzech, odrębnych posiedzeń – dodaje.

Piotr Feliński, burmistrz Świdwina, uczestnik Akademii Samorządowej Fundacji Batorego zauważa, że w ostatnim czasie pojawiło się więcej petycji. Jego zdaniem problem stwarza to, czy rada powinna podejmować uchwałę, w przypadku gdy temat petycji nie należy do jej kompetencji.

Przeczytaj cały artykuł na stronie Prawo.pl